You are hereAutor / Powieści / Toy Land / Moje trzy grosze o "Toy Landzie"

Moje trzy grosze o "Toy Landzie"

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 12 grudzień 2009

 

   W trakcie czytania recenzji „Toy Landu” nieodmiennie dziwiło mnie, skąd autorzy brali wiedzę o mojej fascynacji „Toy Trekiem” Andrzeja Ziemiańskiego. Wydawca wspominał wprawdzie o inspiracji, ale żaden słownik nie tłumaczy tego słowa w taki sposób, jak interpretowali to recenzenci. Chociaż to jeszcze nie było najgorsze, dowiedziałem się też, że to moja najnowsza książka, w której czerpię garściami z tekstów, które powstały lata po niej. Ale spuśćmy zasłonę milczenia na te... „inspiracje”.
   Powiem tutaj szczerze jak na spowiedzi, o co chodziło z wypożyczeniem od Andrzeja Toy. Rozmawialiśmy kiedyś o „Toy Treku” – mieliśmy w zwyczaju opowiadać sobie pomysły i słuchać uwag kolegów jeszcze od czasów klubowych, czyli lat osiemdziesiątych. Co kilka głów, to nie jedna. Burza mózgów podrzuci czasem szczegół, który umyka własnej wyobraźni. Tak też było w tym wypadku, choć nie zamierzam przeceniać mojego wkładu w nowelę Andrzeja, bo wielki nie był, by nie powiedzieć mikry. Został jednak pomysł kwarantanny Afryki, który wykorzystałem jakiś czas później, knując perfidny spisek – razem z Ziemiańskim – mający na celu sprawdzenie, czy ludzie, a konkretnie koledzy z ówczesnej listy dyskusyjnej Fahrenheita nabiorą się, dostając do przeczytania kolejną opowieść o Toy. Ja tekst napisałem, Andrzej go wrzucił zainteresowanym. Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Dyskusja nie wykazała żadnych śladów wykrycia spisku, dopóki nie dołączył do niej Adam Cebula. Godny Sherlocka i wspomagany herbatą umysł wykrył dość szybko, że Ziemiański nie mógł tego napisać. Żart, choć przedni, zakończył w tym momencie życie.
   Ale sprawa pozostała.
   W efekcie rozmów na liście „Toy Land” został przepisany, doszło do niego kilka nowych scen, w których zabiłem – oczywiście w akcie zemsty –  najbardziej pomstujących „fifkowiczów”. To oni zaludnili ten strącony orbiter.
   Tekst w nowym układzie trafił następnie na łamy miesięcznika „Science Fiction”. Szkoda było marnować taki kawałek roboty. Zwłaszcza że kryje się w nim cała masa smaczków. Któryś z recenzentów zauważył, że w tej powieści zbyt dokładnie opisuję losy niektórych postaci – to jest właśnie warstwa podskórna, którą odszyfrować mogą jedynie ludzie wiedzący, o kogo naprawdę chodzi.
   Tutaj uchylę rąbka tajemnicy.
   Znakomita większość postaci wzorowana była na osobach nam znanych (mnie i Andrzejowi), pisarzach i „fifkowiczach”.
   Każdy pewnie wychwycił, na kim wzorowano braci Ducksonów. Niektóre odwołania były bardzo proste – jak chociażby w przypadku Kapitana Krawczyka i jego przyjaciela Gorana.
Ale była też druga warstwa. Admirał Zwiebellus – to nie kto inny, jak Adam Cebula, zwany wśród znajomych z niemiecka. Schweinsienerer „Ragnarok” – nieżyjący już Wojtek Świdziniewski, wiking pełną gębą, nawet ten słynny toporek z San Marino istniał w realu. Rewolwer – Ziemiański, z jego najbardziej klasycznymi odzywkami, Pacyfa – również nieżyjący już Tomek Pacyński. Ich historie bardzo często nawiązywały do zdarzeń znanych w naszym wąskim kręgu. Miały bawić nielicznych, stanowiąc integralną część tekstu zrozumiałego także dla czytelnika nie obeznanego z tym środowiskiem.
 

 

 

 

 

 

 

 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria