You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / N(ie n)azywam się James Cameron

N(ie n)azywam się James Cameron


By Robert J. Szmidt - Posted on 14 grudzień 2009

    Przygotowując się do zrobienia strony internetowej, przeglądałem zasoby Sieci w poszukiwaniu inspiracji. Sprawdzałem, jak sobie poradzili z tym problemem inni autorzy. Jeśli Internet, to King, pomyślałem. Któż bowiem, jeśli nie sam Król Horroru powinien być wzorem w tej materii. Jego przygoda z Siecią trwa już od lat, na pewno więc będzie się czego nauczyć od takiego starego wygi.

   Nie pomyliłem się. www.stephenking.com  jest profesjonalnie wykonanym sajtem, którego żaden autor by się nie powstydził. Zajrzałem tam na chwilę, aby przyjrzeć się layoutowi i rozwiązaniom technicznym, ale jak to zwykle bywa przy takich okazjach, wciągnęło mnie na dobre. Przechodząc z działu do działu, trafiłem na kingowskie „słowo na niedzielę”, czyli odpowiedzi Mistrza na pytania zadawane przez czytelników jego serwisu i wiadomości dla ogółu czytelników na interesujące go tematy (dział nosi tytuł: Messages from Stephen).
   Zacząłem czytać, co też Steven (tak się tam podpisuje) ma do powiedzenia i jakie zagadnienia porusza. Okazało się, że jest ciekawiej, niż mógłbym przypuszczać. 28 września tego roku twórca „Lśnienia” pisał:

   Kilku autorów portali internetowych dzieli się spostrzeżeniami na temat zbieżności fabularnych pomiędzy „Under the Dome” (najnowsza powieść Kinga) a fabularną wersją animowanych „Simpsonów”. Zgodnie z notką zamieszczoną w Wikipedii, miasto rodzinne Homera zostało odizolowane od świata gigantyczną szklaną kopułą (za sprawą wypadku w pobliskiej elektrowni atomowej). Nie mogę wypowiedzieć się na ten temat bardziej konkretnie, ponieważ nie widziałem tego filmu, ale zbieżność przedstawianych w obu dziełach wydarzeń jest dla mnie naprawdę zaskakująca... Niemniej wiem z doświadczenia, że takie podobieństwa nie są dzisiaj niczym szczególnym. Chociaż istnieje takie pojęcie, jak plagiat, żadne dwa teksty, żadne dwie opowieści nie mogą być nigdy takie same. Choćby dlatego, że nie ma dwóch identycznie myślących ludzi.

   Dlaczego o tym wspominam? Kto podejrzewa, że przytrafiło mi się coś podobnego, trafił w dziesiątkę.
   Kilka tygodni temu miała miejsce premiera zwiastuna do najnowszej superprodukcji Jamesa Camerona zatytułowanej „Avatar”. Wszedłem, jak mam to w zwyczaju, na stronę Apple Trailers i ściągnąłem tak długo oczekiwany filmik, aby go natychmiast obejrzeć. Przyznam, że szczęka mi opadła już po kilkunastu sekundach projekcji. Bynajmniej nie z powodu oszałamiających scenerii oglądanych w pełnym HD ani efektów specjalnych. Na dysku mojego komputera spoczywał bowiem plik, który mógłby posłużyć za kanwę scenariusza tego filmu, gdyby nie jeden szczegół... Mniej więcej rok temu podjąłem decyzję, żeby zmienić diametralnie część fabuły książki, nad którą pracowałem z większymi przerwami od kilku lat. Wspomniałem o niej w 2003 roku na stronie autorskiej dołączonej do dawnego vortalu magazynu „Science Fiction” – do dzisiaj można ten tekst znaleźć na wielu innych sajtach, gdzie został „przedrukowany”. Wtedy zapowiadana dopiero powieść miała nosić tytuł „Faktoria”, a opowiadać o odkryciu przez ludzi pierwszej obcej i prymitywnej rasy wojowników zamieszkującej odległą planetę. Wymyśliłem sobie, że kiedy zakończy się etap obserwacji z orbity, wprowadzi się w obcą społeczność kilku ludzi, inwalidów, którzy mogliby pomieścić się w nie do końca humanoidalnych kopiach ciał Suhurów (jak nazwałem swoich Obcych), aby nie tylko badać, ale i powoli zacząć sterować obcą społecznością, przygotowując ją do Kontaktu. Sądząc z dwuminutowego skrótu, James Cameron poszedł dokładnie tym samym tropem i chociaż błękitne kotowate istoty z jego filmu różnią się pod tysiącem względów od odrażających Suhurów, widziałem w tym trailerze sporo scen żywcem wyjętych z kart mojej powieści.
   Na szczęście, w odróżnieniu od Stephena, podjąłem w odpowiednim momencie słuszną decyzję i pomimo podobieństw ogólnych – ale już tylko na poziomie gatunkowym – udało mi się uciec spod noża niezasłużonej krytyki, pod którym znalazła się nie opublikowana jeszcze powieść Kinga
   Mogę jednak śmiało powiedzieć, że podpisuję się pod słowami Króla Horroru. Obiema rękami. Nie ma dwóch ludzi myślących identycznie, za to - przy tak ogromnej liczbie tworzonych opowieści - wiele może wydawać się sobie podobnych. Nawet bardzo podobnych. Ale to przecież nic złego.
 

 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria