You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / Kto otworzył puszkę Pandory?

Kto otworzył puszkę Pandory?

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 29 grudzień 2009

   Solidny recenzent może mieć z „Avatarem” spory kłopot. Jak bowiem opisać film, który z jednej strony przykuwa do fotela na niemal trzy godziny (z niemałym zdziwieniem zauważyłem, że na widowni przez cały czas projekcji panował kompletny bezruch i totalna cisza), a z drugiej, już po seansie, budzi - zwłaszcza w człowieku myślącym - narastające wątpliwości. Skoro jest tak źle, dlaczego jest tak dobrze? I vice versa. Zrozumienie tego problemu wymaga przeprowadzenia szczegółowej analizy treści oraz warstwy wizualnej filmu. Dlatego wszystkich, którzy nie cierpią spojlerów, ostrzegam – przeczytajcie ten tekst dopiero po obejrzeniu „Avatara”.

   Plan pierwszy – technologia
   Przed premierą „Avatara“ rozpisywano się na temat rewolucji technologicznej, która miała sprawić, że widz po raz pierwszy poczuje się, jakby uczestniczył w akcji filmu (identyczną zapowiedź czytałem rok temu, tłumacząc materiały promocyjne do animacji zatytułowanej „Muchy w kosmosie”). Miał temu służyć zarówno najbardziej zaawansowany technicznie sprzęt, jak i zupełnie nowe podejście do trzeciego wymiaru w obrazie. Efekt rzeczywiście przechodzi najśmielsze wyobrażenia, ale daleki byłbym od stwierdzenia, że wylądowałem z Jake’em Sullym na Pandorze.
   Reżyser zrezygnował z klasycznych efektów towarzyszących poprzednim produkcjom trójwymiarowym. Nie czekajcie więc na przelatujące wam obok nosa pociski i stworki. Tym epatowano widza w przeszłości, natomiast Cameron omamia złożonością planu, jego szczegółowością, nie pojedynczymi elementami. Obraz na ekranie przez cały czas ma głębię, nie tylko pierwszy plan i tło. Próbkę możliwości nowej technologii otrzymujemy już na samym początku projekcji, w scenie przebudzenia głównego bohatera, kiedy widz ma okazję wejrzeć do wnętrza statku kosmicznego przybywającego na Pandorę. Tutaj niestety widać też najwyraźniej, jakie ograniczenia czyhają na kolejne produkcje tego typu – patrząc na sterylną, lśniącą przestrzeń, czułem wyłażącą z ekranu „migotliwą” sztuczność przypisaną do tej technologii. Okulary nie pozwalają na pełne wczucie się w trzeci wymiar. Są sceny, w których dzieje się tak wiele i tak szybko, że nie sposób skupić wzroku na kluczowych elementach. Są momenty, w których obraz zaczyna się rozmywać, zwłaszcza po bokach, ale nie dlatego że coś zostało źle zrobione, po prostu ludzkie oko ma problem z adaptacją do tak wielu planów. Jest to szczególnie widoczne tam, gdzie mamy do czynienia z wnętrzami futurystycznych pomieszczeń.
   Znacznie lepiej wypada kreacja obcego środowiska. Bardzo sprytnym zabiegiem było pokazanie na samym początku filmu szerokiego planu powierzchni Pandory. Obrazy te naprawdę niewiele się różnią od widoków, jakie można ujrzeć z pokładu nisko lecącego samolotu w strefach podzwrotnikowych na Ziemi. Zwłaszcza lasów tropikalnych Gujany. Wystarczy jednak kilkanaście dalszych minut projekcji, aby i widz wymknął się z posępnych wnętrz bazy i zanurzył razem z bohaterami pod korony gigantycznych drzew, gdzie kryje się to, na czym Cameronowi najbardziej zależało. Obca flora i fauna. Oraz Na’vi, rasa humanoidalnych istot zamieszkujących ten glob. Celowo nie używam w tym miejscu słowa „kotowatych” - niebieskoskórzy mieszkańcy wszechdżungli o wiele bardziej przypominają ludzi niż te przepiękne zwierzęta.
   To właśnie oni są, moim skromnym zdaniem, największą z nielicznych porażek Camerona w „Avatarze”. Rasa obcych istot jest tak bardzo ludzka w swoich zachowaniach, ruchach i zwyczajach, że nasuwa się natychmiastowe skojarzenie, iż mamy do czynienia z kolejnym plemieniem Indian odkrytym w dorzeczu Amazonki, a nie istotami zamieszkującymi odległą planetę, na której wszystko powinno być człowiekowi obce. Kto widział „Szmaragdowy las” Boormana, ten wie, o czym mówię.
   Zamysłem tego filmu było stworzenie spójnego wewnętrznie obcego świata. Twórcy włożyli w to lata pracy i dziesiątki milionów dolarów. Efekty ich działań są olśniewające dla oczu, lecz mimo to trochę im brakuje do obiecywanego ideału. Pandorę porasta żywy las, z którym wszystkie istoty są połączone, i to dosłownie. Za pomocą włoskowatego organu, znajdującego się na końcu długiego warkocza, Na’vi potrafią się łączyć z umysłami zwierząt i roślin. Badająca tę cywilizację doktor Augustine (Sigourney Weaver) odkrywa też niezwykłą aktywność elektryczną w korzeniach drzew i wyczuwając ukrytą inteligencję, porównuje ją później do funkcjonowania gigantycznej sieci neuronowej, co – jak widać w finale - okazuje się bardzo trafnym spostrzeżeniem. „Dusze” wszystkich istot żyją/trwają po śmierci w świętych drzewach. Obserwujemy coś na kształt mitycznego raju, w którym to przyroda jest Bogiem.
   Na’vi zabijają tylko wtedy, kiedy jest to konieczne – tak przynajmniej sugeruje początek filmu. Potem jednak widzimy sceny polowań na zwierzęta w trakcie nauki Jake’a, sugerujące, że niebieskoskórzy niczym w tym względzie nie różnią się od dzikich plemion znanych nam z Ziemi (czyż okazywanie szacunku ofierze przez łowcę nie było powszechne w wielu prymitywnych kulturach?). 
   Ekosystem Pandory ma być inny od ziemskiego, więc bardzo szybko zauważamy, że większość stworzeń, zarówno tych wielkich, jak i całkiem małych, posiada po sześć nóg, jakby ewolucja na księżycu gazowego giganta poszła zupełnie innym torem niż na Ziemi - co jest absolutnie zrozumiałe, zważywszy, że to obcy świat – ale kiedy zaczniemy przyglądać się ciałom niebieskoskórych mieszkańców, dostrzeżemy, że są niemal idealną kopią Homo sapiens. Niskie ciążenie Pandory sprawiło, że Na’vi są nieproporcjonalnie smukli i wysocy - mają co najmniej trzy lub cztery metry wzrostu – ale to chyba jedyna obca cecha, może prócz twarzy stylizowanych na zwierzęce (oczywiście w ziemskim rozumieniu tego słowa). W niektórych ujęciach wyraźnie widać, że graficy projektujący te istoty skopiowali wiernie cały układ kostny i mięśniowy człowieka (awatary różnią się minimalnie od prawdziwych mieszkańców planety, na przykład mają inną liczbę palców u rąk, dlatego tutaj piszę o oryginalnych Na’vi). Nawet twarze tych istot, pomimo dziwacznej barwy i płaskiego nosa, są tak ludzkie (najlepiej widać to na przykładzie podobieństw pomiędzy twarzami aktorów i ich awatarów), że możemy z nich wyczytać emocje bohaterów.
   Wiem oczywiście, dlaczego tak jest – „Avatar” ma zarobić na siebie, co przy zaangażowaniu gigantycznych środków mogłoby być bardzo trudne, gdyby przeciętny widz nie był w stanie śledzić fabuły i nie identyfikował się z Obcymi, prawdziwymi bohaterami tego filmu – jednakże tym zagraniem Cameron odebrał mi naprawdę sporą część frajdy z oglądania jego najnowszej produkcji. Czy rzeczywiście nie można stworzyć postaci obcej istoty, która różniłaby się od człowieka zarówno pod względem zachowań, jak i wyglądu, a równocześnie była przez niego rozumiana i akceptowana?
   Gdyż Na’vi tracą jeszcze więcej, kiedy zaczynamy ich poznawać bliżej. Oni nie tylko przypominają ludzi z wyglądu, ale i zachowują się jak my. Identycznie reagują, gestykulują, mówią. Wiele dzikich plemion Afryki albo Ameryki Południowej przedstawianych w filmach dokumentalnych prezentowanych na kanale National Geographic ma bardziej obce obyczaje niż członkowie niebieskoskórych klanów.
   Słyszałem opinie, że producenci odwzorowując obce środowisko, skupili się wyłącznie na roślinkach i zaniedbali faunę. To prawda - pokazując dziewiczy świat, umieszczają w nim zaledwie kilka gatunków zwierząt, zatem nie zobaczycie w „Avatarze“ różnorodności pod tym względem. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć tyle: jadąc do najdalszych zakątków Ziemi, spodziewałem się niezwykłego bogactwa, setek gatunków zwierząt, a naliczyłem ich góra kilkanaście (nie mówię tutaj o ptakach, bo to inna bajka). Przebywając w rezerwatach Kenii czy Tanzanii, można spotkać tylko nieco więcej dzikich zwierząt niż pokazano w „Avatarze”, dlatego akurat tego aspektu filmu nie uważam za niedopracowany. 
   Plan drugi – scenariusz
   W roku 1607 niejaki John Smith, marynarz towarzyszący kolonistom przybywającym do Nowego Świata, został ocalony przez córkę wodza indiańskiego plemienia Powhatanów. Dziewczyna miała na imię Pocahontas. W roku 2009 James Cameron nakręcił film na kanwie tamtej opowieści, przenosząc akcję na inną planetę, doprawiając ją jakże nośnym współcześnie sosem ekologii. Nie ma w powyższym stwierdzeniu nawet jednego słowa przesady. Idę o zakład, że niemal każdy z was w trakcie projekcji miał choć przez moment wrażenie, że ogląda spotkanie białego człowieka z czerwono/czarnoskórymi mieszkańcami Ameryk albo Afryki.
   Świat wartości przedstawiony w „Avatarze“ jest celowo bardzo uproszczony, wręcz czarno-biały. Z jednej strony mamy bezwzględną korporację (ten motyw pojawia się u Camerona nie po raz pierwszy: firma Weyland-Yutani w „Aliens” postępuje tak samo, pragnąc pozyskać obcy i jakże cenny organizm kosztem życia setek kolonistów), z drugiej zaś żyjących w zgodzie z naturą, bardziej nam bliskich, bo szlachetnych tubylców.
   Przedstawieni w filmie ludzie to niemal bez wyjątku bezwzględni chciwcy wychowani w pogardzie do „dzikusów” albo zwykli karierowicze –główny bohater, kaleki Jake Sully, niczym się od nich nie różni. Od razu przystaje na propozycję najemników i za obietnicę wyleczenia z kalectwa szpieguje niebieskoskórych. Donosi na nich do momentu, w którym wpada, przyuważony przez jednego z naukowców, i musi razem z doktor Augustine opuścić bazę i przenieść się na oddalony posterunek w dżungli (co samo w sobie jest idiotycznym pomysłem, skoro cały sprzęt naukowców jest i tak monitorowany przez korporację). Wprawdzie nie powiedziano tego w filmie jasno, ale można się domyśleć, że nastawienie Jake’a nie ulega zmianie. Wie o planowanym terminie ataku, ale ignoruje tę informację, nie próbując zrobić nic, aby przygotować klan na nieuniknioną agresję najemników korporacji. Dopiero kiedy miną wyznaczone trzy miesiące, stanie po stronie Na’vi, lecz decyzja ta będzie raczej wymuszona niż wynikająca z przekonań – co wydaje się dość dziwne, zważywszy, jak bardzo zżył się z niebieskoskórymi wojownikami.
   W opozycji do bezwzględnych przedstawicieli korporacji stoi tylko kilkuosobowy zespół naukowców ekscentrycznej doktor Augustine, która [na pewno?] od lat za pomocą awatarów stara się zrozumieć i zbadać cywilizację Pandory, oraz Trudy (Michelle Rodriguez) - najemniczka, pilotka jednej z maszyn, która jak to sama pięknie ujęła: „nie na to się pisała”. Reszta załogi pragnie po prostu zarobić i nie ma żadnych skrupułów, kiedy więc dochodzi do przemocy i walki, nikt nie protestuje, a demoniczny szef ochrony, facet rodem z komiksów, ma wolną rękę przy eksterminacji klanu przeszkadzającego w otwarciu kolejnej kopalni. Dodajmy – umożliwiającej eksploatację złoża Unobtanium (pierwiastka wartego 20 milionów dolarów za kilogram), najbogatszego nie w skali globu, lecz w promieniu dwustu kilometrów (żeby była jasność). I rozpoczyna się najbardziej widowiskowa część filmu, czyli rzeź niewiniątek, którą ludzie, choć posiadają przewagę technologiczną, muszą przegrać, jak to w Hollywood bywa, żeby sprawiedliwości stało się zadość.
   Scenariusz jest najsłabszym punktem tej hiperprodukcji, ale – zabrzmi to na pewno paradoksalnie – jednocześnie najnośniejszą. Efekty specjalne, nawet tak doskonałe, nie są wystarczającym magnesem dla widza. Lecz Cameron doskonale wie, jak sterować ludzkimi emocjami. Pokazał to, kręcąc „Titanica” - widzowie oszaleli na punkcie romantycznej historii rozgrywającej się na pokładzie gigantycznego liniowca. A epicka katastrofa w końcówce tamtego filmu przypominała w pewnym sensie bitwę o Pandorę. Była piękna, chwytająca za serce (czytaj: kasowa), ale zarazem pokazana w czysto hollywoodzki sposób – nie liczył się sens, tylko efekt. Przypomnijmy choćby tę scenę – Leonardo trzyma się relingu podczas przełamania kadłuba i nie puszcza go nawet wtedy, gdy rufa Titanica spada razem z nim, z wysokości niemal stu metrów, na powierzchnię oceanu.
   Próba zbombardowania najświętszego miejsca Na’vi za pomocą palety wypełnionej materiałami wybuchowymi, zrzuconej z orbitalnego wahadłowca, jest równie widowiskowa jak pozbawiona sensu. Znacznie prościej byłoby wykonać to zadanie za pomocą zwykłej rakiety, co każdy szanujący się wojskowy albo najemnik wie i rozumie.
   Takie rzeczy rażą, i to potwornie, jeśli zaczyna się w trakcie projekcji myśleć – a powodów do tego jest tyle, ile niedorzeczności w „Avatarze“. Wiszące góry, na których panuje normalne ciążenie… może nawet bym je zaakceptował, dając się ponieść wyobraźni, ale na bogów, skąd na nich wodospady? Walka na noże pomiędzy głównym bohaterem a pułkownikiem siedzącym w mechu (absolutnym przypadkiem toczona w sąsiedztwie ukrytego modułu ze sprzętem doktor Augustine, żeby było bardziej nerwowo). Anomalia, w której cała elektronika szaleje, ale nie na tyle, by pułkownik nie wychodząc z bazy, nie mógł oszacowaćliczby wojowników zgromadzonych pod najświętszym drzewem. Szarża jazdy Na’vi „z szablami na czołgi”, tak bardzo przypominająca scenę ataku buntowników z „Ostatniego samuraja”...
   Naturalnie przy tego rodzaju produkcjach lepiej nie myśleć. Dlatego twórcy robią co mogą, żeby oszołomiony akcją i pięknem obrazu widz nie miał chwili wytchnienia. W „Avatarze” udało im się to o niebo lepiej niż Emmerichowi w „2012”, ale tamto „dzieło” nie miało do zaoferowania nic prócz epizodu Woody‘ego Harrelsona.
   Idąc do kina, nie liczcie na to, że Cameron zrezygnował z uproszczeń i schematów, skoro tak doskonale sprawdzały się wcześniej przy zarabianiu dużych pieniędzy. Tyle dobrego, że potrafi to robić umiejętniej niż jego koledzy po fachu. On doskonale wie, jak osiągnąć sukces. Robi tylko to, co ludzie chcą oglądać. A widzowie w przeważającej większości pragną przepięknej, choć niekoniecznie sensownej rozpierduchy, scen chwytających za gardło i za serce oraz dobrego zakończenia. W „Avatarze” dostają wszystko, co im się marzy, nic dziwnego więc, że zostawią w kasach kin miliard albo i więcej dolarów.
Idealne przykłady na to, jak nisko cenione są filmy, w których chodzi o coś więcej, możecie znaleźć przypatrując się spektakularnym fantastycznym klapom ostatnich miesięcy: „Drodze” według bestsellerowej powieści Cormaca McCarthy’ego albo klasycznemu filmowi science –fiction - „Moon” Douglasa Jonesa, gdzie wszystko jest logiczne, sensowne, bardzo przyzwoicie podane, także od strony wizualnej, tyle że wymaga od widza refleksji i zastanowienia. No i nie oferuje w finale wielkiej, kolorowej rozpierduchy, która w „Avatarze”, nawiasem mówiąc, przypominała mi momentami screeny ze „Starcrafta“. 
James Cameron wie, co robi, i za nic nie odda korony najbardziej kasowego reżysera świata. I dobrze, gdyż pomimo wszystkich niedociągnięć wolę oglądać jego wizje przyszłości niż kolejne dzieła Emmericha et consortes.
   Na koniec jeszcze jedna uwaga – w większości recenzji, które pojawiły się w prasie i w Sieci, eksponuje się wątki antywojenne, wskazując na rzekomą krytykę polityki amerykańskiej wobec Iraku i Afganistanu. Usiłowałem znaleźć jakiekolwiek nawiązania do tych konfliktów, ale nie udało mi się dostrzec nawet jednego szczegółu wiążącego akcję „Avatara” z obiema wojnami. 
 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria