You are hereBlogi / Robert J. Szmidt's blog / Za garść dolarów

Za garść dolarów


By Robert J. Szmidt - Posted on 14 styczeń 2010

   Do napisania tego tekstu skłoniła mnie pewna dyskusja na temat prawdziwości prezentowanego na Sieci filmiku. Widzimy przejście dla pieszych, po którym przebiega mężczyzna cudem tylko unikający wypadku. Na moje oko jest to czysty kit, zmontowany przez kogoś i opublikowany dla jaj albo z chęci zaistnienia. Zdaniem innych dyskutantów - prawdziwe zdjęcia z ulicznej kamery, bo przecież tak wiele serwisów nie mogło nabrać się na zwykłą sztuczkę. Trudno dyskutować w tym przypadku – odnalezienie oryginalnego nagrania graniczy bowiem z cudem - ale znalazłem inny przykład, o wiele bardziej jaskrawy, który zilustruje wyżej wymieniony problem i odpowie na pytanie: czy naprawdę możemy wierzyć w to, co podają nawet solidne serwisy.

   Siedemnastego grudnia w Sieci pojawiła się elektryzująca informacja. Nikomu nieznany Fede Alvarez, filmowiec z Urugwaju, umieszcza filmik zrealizowany za 300 dolarów na YouTube, a już cztery dni później jego skrzynkę e-mailową zapychają listy od największych producentów z Hollywood ustawiających się w kolejce, aby złożyć mu gratulacje i zaproponować kontrakt życia. Według newsa z BBC umowa ma on opiewać na 30 mln dolarów za które reżyser zrealizuje pełnometrażowy film science fiction. Zagwarantowano mu także pełną swobodę reżyserską – co w świecie filmowym jest czasem cenniejsze od pieniędzy. Gwarantem tego warunku jest Sam Raimi, człowiek, który zadziwił branżę niskobudżetowym - i kultowym do dzisiaj - horrorem „Evil Dead“, aby po latach stanąć za spektakularnym (a także kasowym) sukcesem „Spider-Mana”. Portal swiatobrazu.pl przytacza komentującą ten fakt wypowiedź Fede Alvareza: „Jeśli jakiś reżyser z jakiegoś kraju może tyle osiągnąć poprzez wysłanie filmu na YouTube, to oczywiste jest, że każdy może tego dokonać”. Pisownia oryginalna.
   Wstrzymajcie konie, moi drodzy, jeśli już marzycie o błyskotliwej karierze dzięki YouTube i posiadanym w kieszeni trzystu dolarom. Prędzej wygracie kumulację w Lotto, niż zdobędziecie podobny kontrakt, co zaraz wam udowodnię.
   Zacznijmy od sprawy podstawowej. Fede Alvarez nie jest jakimś tam sobie amatorem ślęczącym nad komputerem w zagraconym pokoiku, tylko człowiekiem  pracującym w branży, posiadającym wieloletnie doświadczenie. To znany w swoim kraju reżyser reklamówek i wideoklipów, posiadający własną firmę produkcyjną. Ma też na koncie kilka filmów krótkometrażowych. Możecie sprawdzić jego profil choćby na portalu IMDB. W Sieci znajduje się także kilka jego innych filmików, w tym także fantastyczny, ale o trzy lata starszy obraz „Montevideo 2056“ (polecam zapoznanie się z nim, to da wam pewien obraz tego, czym naprawdę bawi się pan Alvarez). Jak widzicie, nie mówimy o przypadkowym człowieku, który zamieścił jakiś tam filmik na YouTube, lecz o zawodowcu.
   Kolejna sprawa. Niby szczegół. Budżet w wysokości 300 dolarów. Ta część wiadomości wydaje mi się najbardziej bezsensowna (zwłaszcza kiedy spojrzy się na napisy kończące ów filmik w pełnej wersji), w budżet produkcji wlicza się bowiem wszystko, co zostało przy niej wykorzystane. Gdyby informacja o tak skromnym budżecie była prawdziwa, musielibyśmy uznać, nawet przeliczając to na warunki południowoamerykańskie, że Alvarez robił efekty specjalne, wykorzystując znalezione na śmietniku atari i oprogramowanie shareware. A zdjęcia kręcił co najwyżej kamerką do skype’a. Inaczej nigdy by się nie zmieścił we wspomnianym budżecie. Ta część przekazu wydaje się absolutnie nieistotna, ale jeśli poczytacie komentarze na setkach stron, które zamieściły tę sensacyjną wiadomość, zauważycie, jak rozpaliła umysły młodych ludzi. Za trzy stówki zielonych można dostać osiem worków kasy – takich wielkich, na ziemniaki – i jeszcze beczkę drobnych. I o to chodzi...
   Element trzeci. „Już cztery dni później...”. Filmik zamieszczono na YouTube trzeciego listopada, wiadomość pochodzi z siedemnastego grudnia. W artykule źródłowym BBC, na który powołują się pozostałe serwisy, filmik miał w tym czasie półtora miliona odsłon (w chwili gdy piszę te słowa, ma ich 4,8 miliona i liczba ta nadal rośnie). Ile mógł mieć w dobę po premierze? Kilka tysięcy? Kilkanaście? Wielcy producenci raczej nie spędzają całych godzin, surfując po Sieci w poszukiwaniu nikomu nie znanych filmowców z Trzeciego Świata. Zwłaszcza, że materiał zamieszczony na YouTube nie powala i daleko mu nie tylko do świetności ale i oryginalności. Nie sądzicie, że ktoś tu najwyraźniej ściemnia?
   Jeśli nie jesteście jeszcze przekonani, że macie do czynienia z doskonale wyreżyserowaną ściemą, przyjrzyjcie się samemu materiałowi filmowemu zamieszczonemu przez Fede Alvareza. Każdy profesjonalista powie wam, że ten filmik to totalny knot. Fabuła? Brak, bo trudno mówić o jakiejkolwiek logice akcji w tym zlepku scen, w którym gigantyczne roboty rozwalają w marszu przez miasto co im na lufę podleci, skoro za moment i tak wysadzą całość. Nie wspomnę już o tym, że większość identycznych scen widzieliście już w innych filmach, z których Fede czerpie bez żenady – patrz fala uderzeniowa w perspektywie długiej ulicy („Dzień Niepodległości“ Emmericha kłania się w pas), wózek dziecinny na schodach (kanoniczna scena z Eisensteina) i temu podobne zapożyczenia. Znacznie większym problemem są ordynarne niedoróbki i nielogiczności - całkiem spore dziecko na samym początku miotane jest wstrząsami, podczas gdy stojące obok robociki nawet nie drgną. Efekty specjalne? Kicha. Polecam sekundę numer 48 – maszerujący robot widoczny za mostem. To znaczy: jego nogi, bo góra się nie dorenderowała. Albo budynek widoczny w 140 sekundzie. Rozwalony na strzępy, cudownie odbudowany 100 sekund później, by spłonąć w wielkiej finałowej eksplozji. Takich niedoróbek jest znacznie więcej, wystarczy poszukać. Niejeden amator powstydziłby się wypuszczenia takiego gniota. 
   Można by się jeszcze długo pastwić nad tym dziełem, ale po co? Jak widzicie, niemal każde zdanie opublikowane na temat „Ataque de Panico!” jest kitem.
   Wypadałoby na koniec odpowiedzieć na dwa pytania. Po pierwsze czym tak naprawdę jest ów filmik? Prosze bardzo. To nie żadna amatorska produkcja, ale background do teledysku, który zresztą można znaleźć na tym samym serwisie (na kanale Fede zresztą też) . Tyle że powieszono go tam jeden dzień później. Kapela nosi nazwę Snake i nie jest bynajmniej amatorską grupą, która kręci byle co i z byle kim. I nie za 300 dolarów. Teraz już wierzycie, że cała afera cuchnie na kilometr przekrętem?
    No i ostatnie pytanie: dlaczego w ogóle zrobiono coś takiego? Odpowiedź jest jeszcze prostsza. „Alive in Joburg“  (kojarzycie ten tytuł?) A Neilla Blomkampa? Reżysera z RPA „wynalezionego” przez Petera Jacksona, który dostał 30 mln (znacie skądś tę kwotę?) dolarów na realizację „Dystryktu 9”? Zgodnie z ostatnimi danymi, tylko dystrybucja kinowa tego filmu przyniosła wpływy rzędu 200 mln dolarów (z czego mniej więcej połowa trafia do producenta). Nie jest to oszałamiający wynik, ale... bo zawsze jest jakieś ale… osiągnięcie go przy tak niskim budżecie (dzisiaj średnia produkcja s.f. kosztuje ok. 80-120 mln) i bez udziału gwiazd jest niezwykle rzadkie. Ostatnio na ekrany amerykańskich kin weszła „Droga” („The Road“) według bestsellerowej książki Cormaca McCarhy (grają w niej aktorzy znani, choć niezbyt drogo opłacani, między innymi: Viggo Mortensen i Robert Duvall). Rozpowszechniana w niespełna 400 kopiach zarobiła po czterech tygodniach nieco ponad 5 mln dolarów (a przypominam, trzeba tę kwotę podzielić jeszcze na pół i dopiero odjąć od kosztów produkcji). Czyli klapa. Film mający wszelkie niezbędne cechy, żeby zarobić na siebie wyłożył się w Stanach a poza nimi pewnie nie pójdzie mu lepiej (jego produkcja na pewno kosztowała 30 mln dolarów, jeśli nie więcej, a mimo to nie trafił do szerokiej dystrybucji, „Dystrykt 9“ zaś był wyświetlany na ponad trzech tysiącach ekranów). Czujecie już, o co chodzi?
   Peter Jackson, trzeba mu to przyznać, wymyślił idealny chwyt marketingowy, który zapewnił jego produkcji kampanię wirusową na całym świecie, co nie tylko zintensyfikowało wpływy w Stanach, ale i zapewniło bardzo przyzwoite wyniki na innych terytoriach, a one są obecnie kluczem do dobrego zarabiania na filmach. Sam Raimi postanowił iść za ciosem. Wyszukał człowieka podobnego do Blomkampa (aczkolwiek moim skromnym zdaniem nie sięgającego tamtemu nawet do pięt) i rozpoczął niemal identyczną kampanię, tyle że dużo wcześniej. Kazał zamieścić filmik w Sieci, napędził mu pierwszą falę widzów, potem umiejętnie sprzedanym newsem zainteresował media branżowe i kolejna – ale już o wiele większa - fala widzów obejrzała „Atak paniki“. W ciągu pięciu dni, jakie dzielą napisanie tego tekstu, od jego publikacji, filmik Alvareza otworzyło na YouTube kolejne 200 000 osób (w chwili obecnej ma 5,3 mln odsłon, a to przecież tylko jeden z wielu wielkich serwisów, na których można go obejrzeć), a teledysk Snake’a ponad 100 000. Pomysł wypalił i pewnie Sam Raimi zarobi kupę pieniędzy serwując wam tandetę, bo niczego innego nie można się spodziewać po kimś, kto sygnuje swoim nazwiskiem tak marną podróbkę klasycznych już scen.
   Use the Google, Luke, chciałoby się powiedzieć... Przecież wystarczy kilkadziesiąt sekund szperania w Sieci, żeby poznać tak oczywistą prawdę. Na każdym kroku jesteście bombardowani fałszywkami, dzisiejsze media żyją nimi, przedkładając na prawdziwe informacje, bo tylko sensacja goniąca sensację generuje ruch na ich stronach, który napędza potencjalnych reklamodawców.
 

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria