You are hereO mnie / Kilka słów o sobie

Kilka słów o sobie

strict warning: Declaration of views_plugin_style_default::options() should be compatible with views_object::options() in /www/modules/views/plugins/views_plugin_style_default.inc on line 24.

By Robert J. Szmidt - Posted on 02 grudzień 2009

   Mimo że napisałem już parę milionów słów, dziwnie się czuję mając przed sobą pusty dokument i zadanie przedstawienia swojej osoby. Od czego zacząć, co opisać, skoro tak wiele się wydarzyło w ciągu tych czterdziestu siedmiu lat. Nawet jeśli wziąć pod uwagę tylko to, co wiąże mnie z fantastyką.
   Pierwszy kontakt z literaturą fantastyczną przeżyłem, gdy Mama zapisała mnie do biblioteki dzielnicowej. Miałem wtedy może siedem lat. Pamiętam jednak do dziś, że szybko wyczytałem półki tej szacownej instytucji, mając za ulubioną lekturę „Muminki” i „Doktora Dolittle”. Chyba właśnie wtedy łyknąłem bakcyla. A potem przyszła kolej na Juliusza Verne’a i wpadłem jak śliwka w kompot.
   Może dzisiaj wyda się to śmieszne, ale byłem człowiekiem, na którego literatura wywierała duży wpływ. Dość powiedzieć, że lektura „20 000 mil podmorskiej żeglugi” okazała się dla mnie tak wielkim przeżyciem, że zdecydowałem, iż będę pływał. Efekt tego marzenia: kilka lat szkoły o profilu marynistycznym – niestety w żegludze śródlądowej – książeczka marynarska z kilkoma wpisami (wiwat MS Kaczuszka!) i zakończenie przygody podczas stanu wojennego, kiedy to cała szkoła – prócz dwu osób – została zmilitaryzowana. Jak się łatwo domyślić, byłem jednym z tych dwóch nieszczęśliwych szczęśliwców.
   Potem podjąłem pracę w jednej z wrocławskich fabryk, a w wolnym czasie szukałem kolejnych fantastycznych doznań. Któregoś dnia zauważyłem na ulicy plakat informujący o spotkaniu Wrocławskiego Klubu Miłośników Fantastyki. Skwapliwie skorzystałem z tej oferty i dołączyłem do grona osobistości, które wtedy stanowiły trzon klubu. W owych czasach na spotkania przybywali: Andrzej Drzewiński, Andrzej Ziemiański, Eugeniusz Dębski, Adam Cebula, by wymienić tylko tych, którzy są mniej lub bardziej znani i odcisnęli swoje piętno na fantastycznej scenie. Autorzy czytali swoje nowe teksty, potem dyskutowaliśmy nad nimi, nierzadko przez długie godziny. Do rytuału należało składanie kolejnych numerów fanzinów, odbijanych później na uniwersyteckim powielaczu w zawrotnej liczbie trzystu egzemplarzy. Tu nie mogę się oprzeć małej dygresji; będąc nie tak dawno u Adama Cebuli, przeglądałem jeden ze starych „No Wave” i ze zdumieniem odkryłem w nim artykuł o komiksie, który napisałem... wspólnie z Andrzejem Ziemiańskim. Takie to były czasy!
   Sielanka trwała lat kilka. Nie pisałem jeszcze, choć pomysły na wiele tekstów, które można było później przeczytać w „Science Fiction” i w moich książkach, rodziły się właśnie wtedy. Niektóre przeleżały wiele lat w szufladzie albo w głowie, kilka nadal tam jeszcze spoczywa. Czekają na swój czas. Wydaje mi się bowiem, że do napisania pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. Przeżyć swoje, przeczytać, co napisali inni, i dopiero przelewać myśli na papier czy ekran komputera.
   Długo byłem aktywnym działaczem fandomu. W latach osiemdziesiątych minionego stulecia (jak to steampunkowo brzmi...) konwenty wyglądały nieco inaczej niż dzisiaj. Spotykała się na nich śmietanka fandomu, sto, może trochę więcej osób, które znały się jak łyse konie i trzymały zawsze razem, mając za wroga w godzinach pracy (zaraz wyjaśnię dlaczego) Polskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki, czyli PSMF. Rzeczone stowarzyszenie widziało się nam, niezależnym działaczom, jako organ ciemiężycieli, kanalizujących skądinąd spontaniczny ruch fanowski. Walczyliśmy zatem wszelkimi sposobami z Maćkiem Makowskim (obecnym wydawcą "Nowej Fantastyki"), Sławkiem Pikułą i ich zastępami. Tak mniej więcej do szesnastej, chyba że był akurat jakiś konwent, bo po godzinach gościliśmy się wzajemnie, przyjaźniliśmy nawet. Różniła nas doktryna, która jednak nie uczyniła z nas wrogów.
   Bardzo miło wspominam tamte lata. Zwłaszcza że mam na koncie kilka niezaprzeczalnych sukcesów. W 1984 roku na konwencie w Łodzi w towarzystwie Agnieszki Makowskiej, Konrada Zielińskiego, Romka Szoki oraz kilku innych osób z grona prezesowskiego zaproponowałem ufundowanie przez fanów nagrody dla najlepszego polskiego pisarza. Propozycja zyskała poklask większości, wypiliśmy za nią i następnego dnia przedstawiliśmy światu nasz pomysł (istnieje nagranie telewizji łódzkiej wykorzystane potem w jednym z programów redaktora J. Berestowskiego), który po czasie wyewoluował w Nagrodę im. Janusza A. Zajdla. Niniejszym przypominam wszystkim kłócącym się o jej genezę, że łatwo sprawdzić w archiwum telewizji, kto naprawdę był w gronie ojców nagrody.
   Kolejnym sukcesem, który chyba mogę sobie przypisać, było wprowadzenie na polski rynek prozy Roberta E. Howarda, a ściślej biorąc – postaci Conana. Tak, rzucajcie pomidorami, zgniłymi jajami albo ściskajcie mi prawicę, wedle uznania, ale to właśnie ja wtargałem na piedestał Cymerianina (kto nazywa go Cymeryjczykiem, ten kiep) i przedstawiłem go polskim czytelnikom, najpierw w klubówkach, potem oficjalnie, inicjując wspólnie z byłym prezesem ŚKF-u, Piotrem Kasprowskim, serię, którą do dzisiaj prowadzi wydawnictwo Amber. Reszta to była harówka, prezesowanie Wrocławskiej SFerze, wydawanie klubówek (prócz Conana trafiło się paru innych autorów – jako ciekawostkę podam fakt, że udało nam się nawiązać kontakt z Ch. Q. Yarbro, autorką postapokaliptycznego „Przedświtu”, która dała nam swoje oficjalne błogosławieństwo – tak powstało tłumaczenie i pierwsze wydanie tej książki  bez debitu), organizacja konwentów, z których najbardziej pamiętne były  Fantasycony – darmowe dla uczestników pomimo zakwaterowania w Novotelu, w owych czasach najbardziej renomowanym noclegowisku Wrocławia. Tak się wtedy szastało państwowymi pieniędzmi.
   Tyle zasług dla fanowskiej ojczyzny, zresztą odległe to czasy, więc i nie ma co stawiać pomników ani rozrywać szat nad tym, co było. Działalność klubowa nie dawała mi wiele czasu na własną twórczość, dlatego w tamtym okresie powstawały praktycznie tylko tłumaczenia.
   Zadebiutowałem na łamach katowickich „Fikcji” (poświęcono mi numer, w którym było tłumaczenie, tekst, ilustracje, recenzje – wszystko sygnowane moim nazwiskiem) „Jajcentym z Inglocyi”, dzięki któremu... stałem się też postacią literacką. Rzecz pomyślana była jako żart z Jacka Inglota, podówczas klubowego kolegi, który do naszej paczki dołączył gdzieś w osiemdziesiątym czwartym albo piątym roku. Śmieszne, nie tylko w moim mniemaniu, opowiadanko rozjuszyło Jacka do tego stopnia, że w jakiś czas później na łamach „Fantastyki” znalazłem w jego tekście Roberto Sucker Smittona, szwarccharakter czernią najlepszego węgla skreślony, właściciela wirtualnego, elektronicznego burdelu i zbója jak się patrzy.
   Po „Jajcentym” zająłem się tłumaczeniami i wydawaniem Conanów, kiełkujące pomysły na teksty odkładając na bok. Nie sposób dzisiaj określić, ile tych klubówek było. W każdym razie oryginalny „Conan” Roberta E. Howarda został przerobiony przez nas w całości, prócz jedynej powieści tego cyklu.
   Potem były teleturnieje. W sumie wygraliśmy ich siedem, dochodząc z drużyną, w której skład wchodzili: Zbyszek Adamski, Andrzej Generał Sawicki i niżej podpisany, do absolutnego finału „Kosmicznego testu”. Tam w spotkaniu z reprezentacją ŚKF-u – dzisiaj mogę to ujawnić – doszło do swoistego kompromisu, na mocy którego uzgodniliśmy pomiędzy sobą wynik nierozstrzygnięty, a to ze względu na nieprzyjemny wyczyn producenta, który oznajmił nam przed występem, że tym razem nagród nie będzie i gramy o pietruszkę. Okazało się, że jedynym profitem dla zwycięskiego klubu może być zepsuta lampa do kamery, którą oprawiono w sreberka i wbito w starą deskę. Do dziś trofeum to stoi w siedzibie ŚKF-u (a przynajmniej było tam, kiedy ostatni raz tam zaglądałem). Miało być przechodnie, ale nigdy nie trafiło do wrocławskiej SFery, o co zresztą nie mam do nikogo żalu. Przegrywaliśmy wtedy w drugim, decydującym starciu z ŚKF-em, reprezentowanym przez Piotra W. Cholewę, Janusza Ferencowicza i Ryszarda Borysa jednym zaledwie punktem, a ostatnie pytanie przypadło stronie przeciwnej. Brzmiało: „Jakie nazwisko nosi bohater «Mad Maxa»?”. Nie aktor, ale postać przez niego grana. Wie ktoś? Ja wiem... Nawiasem mówiąc, mam wciąż kasetę VHS z nagraniami tych programów, boska rzecz, choć w secamie... i niech ktoś powie, że ten nośnik jest zły albo nietrwały. Minęło prawie trzydzieści lat, a taśma jak nowa. AGFA (kryptoreklama, ale płynąca z głębi serca).
   W tym samym czasie byłem już właścicielem pokaźnej filmoteki fantastycznej, którą prowadziłem dla Zrzeszenia Studentów Polskich na Politechnice Wrocławskiej. I tak zamknął się pierwszy rozdział mojego życia, związany z Wrocławiem.
   W roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym wyjechałem na Śląsk, gdzie mieszkam do dzisiaj, obecnie na szczycie najwyższego do niedawna budynku spółdzielczego w Polsce. Na dwudziestym piątym piętrze, dokładnie biorąc. Widok mam przepiękny; w bezchmurny dzień przy idealnej widoczności można dostrzec odległe góry – z jednej strony fioletowawe szczyty Tatr, z drugiej czeskie wierchy otaczające Kotlinę Kłodzką (sprawdzone dzięki Google Earth), a bliżej: przepiękna panorama Parku Chorzowskiego, Stadion Śląski i Planetarium. Zieleń sięga po horyzont, co na Śląsku teoretycznie jest niemożliwe. Co tu dużo opowiadać, miejsce jest tak ciekawe, że Romek Pawlak użył mojego mieszkania, czyniąc z niego miejsce akcji „Bo to jest wojna, rzeź i rąbanka”. Tak, moi drodzy, widok tam opisywany roztacza się za oknami mojego gabinetu. Smoki też latają, choć ostatnimi czasy jakby coraz rzadziej...
   Ale wracając do tematu. Po przybyciu do Katowic zaczepiłem się w branży filmowej i tak upłynęło mi kilkanaście następnych lat. Prowadziłem wydawnictwo zajmujące się publikowaniem czasopism dla wideotek („Video Business” – logo tego pisma tak spodobało się Amerykanom wydającym podobny tytuł, że je sobie po prostu... wzięli – i „Video Premiery” – przeznaczone dla klientów wypożyczalni, tak że sporo Polaków miało okazję się z nim zapoznać swego czasu). Dzięki temu zyskałem wiele okazji do zwiedzania świata, a także poznania znakomitości małego i dużego ekranu.

   Wypiłem drinka z Jackiem Nicholsonem, wtulałem się w sztuczny biust Brigitte Nielsen, pogawędziłem z Quentinem Tarantino, zanim został słynnym reżyserem, potem zresztą też, odbyłem nawet sesję zdjęciową z Nicolasem Cage’em na plaży w Cannes. To ciekawa historia, opisał ją nawet „Super Ekspress” i cholerka, redakcja nie oddała mi najciekawszych zdjęć. A było tak: zakolegowałem się z Jeffem Wincottem, gwiazdą filmów akcji i znanym amantem. A jak wiadomo, Polki to piękne dziewczyny... Pewnego dnia poszedłem z Jeffem na plażowe przyjęcie filmu „Kiss of Death”. Cage był gwiazdą, a Wincott robił dla niego kaskaderkę, znali się z planu, zaczęli więc rozmawiać, ja zaś – chcąc nie chcąc – znalazłem się obok. Po kilku zdaniach ktoś krzyknął: „Photo Session!”. I zaczęło się. Gdy odwróciłem się od towarzyszących mi aktorów, otaczał nas półokrąg fotoreporterów z całego świata. Co miałem zrobić, zacząłem pozować razem z Nicholasem i Jeffem, ale najlepsze przyszło, gdy po zdjęciach zaczęły się wywiady. Do mnie przybiegło MTV. Olali Samuela Jacksona, który grał w tym filmie i stał bliżej, i chcieli mnie. Padło pierwsze pytanie: A właściwie kim pan jest? Ja na to: Producentem. Panienka pyta: Tego filmu? A ja spokojnie mówię: Nie, chipsów. Trzeba było widzieć minę Jacksona i wywiadowczyni. Nie wierzycie? No to zdjęcie...

 

   Wiele by opowiadać o tamtych czasach, przyjęciach w willi „Playboya”, spotkaniach z aktorami (Charlie Sheenowi wmówiłem, że jestem jego kumplem, nawet mnie nie kazał zabić gorylom, choć mieli na to wyraźną ochotę).
   Świat nie miał dla mnie granic, i wciąż nie ma. Zwiedziłem Europę, przejechałem Amerykę, zaliczyłem Afrykę i Azję. Widziałem na horyzoncie wybrzeże Australii. Odwiedziłem już prawie pięćdziesiąt krajów. Nurkowałem we wszystkich oceanach naszej planety, wspiąłem się na wiele... drapaczy chmur (taka moja pasja), lekceważąc lęk wysokości, spróbowałem sił ze spadochronem, pływałem z rekinami, spacerowałem z lwami... (Atmosferę tych przygód możecie poczuć oglądając galerie.)

 

   Epoka filmowa minęła wraz z boomem na wideo w połowie lat dziewięćdziesiątych. Ale szybko znalazłem sobie nowe zajęcie. Oglądając gdzieś na zachodzie demo „Tomb Raidera”, przekonałem się, jaką frajdę mogą dać gry komputerowe nowej generacji. Zakup konsoli PlayStation przesądził o moim kolejnym zajęciu. Zabrałem się do eksplorowania wirtualnej rzeczywistości i jak to u mnie bywa, przekułem rozrywkę w biznes. W 1996 roku zacząłem wydawać poradniki dla graczy. „PlayStation Plus”, a potem „PlayerStation Plus” (Sony nakazało nam zmianę tytułu) co miesiąc dostarczało najnowszych opisów do gier. Byliśmy tak dobrzy, że czasem wyprzedzaliśmy Internet. Do dzisiaj mam światowe pierwszeństwo w rozpisaniu tabel uzbrojenia do „Vagrant Story”. Jako pierwszy przechodziłem też wszystkie „Tomb Raidery”, Bóg raczy wiedzieć, ile tysięcy graczy korzystało z moich opisów, aby ukończyć kolejne gry tej serii i odnaleźć wszystkie sekrety. Faktem jest, że nakład gazety z tymi opisami schodził w dziewięćdziesięciu kilku procentach. Dzięki znajomości tematu udało mi się przetłumaczyć kilka ciekawych gier, choć to robota naprawdę dziwna. Czasami nabijacie się z głupoty tłumoków, kiedy widzicie prosty błąd – np. w „Dead Space” każda kolejna runda gry (w  lengłydżu round) opisana jest jako... pocisk. Zabawne? Tłumacz idiota? Nie, moi drodzy. Raczej testerzy do bani. Grę tłumaczy się, mając przed sobą arkusze excela z każdym zdaniem, czasem nawet słowem w osobnej kratce. I bądź tu mądry, czym w danym wypadku jest „round”... Ale jak się naprawdę lubi gry i je zna, robota jest wspaniała. Spolonizowałem z dziesięć gier  w swoim życiu. Najróżniejszych: od „Resident Evil 4” po „Dyplomację”. Warto było – czegoś się nauczyłem, i to nie tylko o grach.

   Tak dochodzimy do przedostatniego rozdziału w mojej dotychczasowej karierze zawodowej. Do powrotu do korzeni, czyli stworzenia „Science Fiction”. Zaprzyjaźnione wydawnictwo zaaprobowało projekt i ruszyliśmy. Zaczęło się wszystko podczas LOF-u, na który pojechałem po wieloletniej przerwie. Chciałem namówić znajomych autorów do złożenia tomiku fantastycznych opowiadań o Wrocławiu, a wyszło pismo. Może to i lepiej.
Dziewięć lat szefowałem temu projektowi, w tym czasie zmieniło się kilku wydawców i raz tytuł (na „Science Fiction, Fantasy i Horror”). W niemal stu numerach, które ukazały się pod moją redakcją, opublikowaliśmy prawie osiemset opowiadań (chyba najwięcej w historii polskiej fantastyki) napisanych przez niemal dwie setki autorów. Na tych łamach debiutowali Tomasz Pacyński, Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Robert M. Wegner, Magda Kozak, Wojciech Świdziniewski i cała masa innych, znanych dziś autorów nowego pokolenia. „Science Fiction” otworzyło drzwi nowej generacji pisarzy. Po raz pierwszy fala publikacji polskiej fantastyki nie opadła po trzech, czterech latach, jak miało to miejsce w poprzednich dekadach. W roku 2010 powinna nastąpić kolejna zmiana warty, ale stara gwardia wciąż trzyma się mocno i nie zamierza ustąpić.
Dzisiaj „SFFiH” jest już własnością Fabryki Słów, a ja cieszę się zasłużoną emeryturką redakcyjną, co nie znaczy, że spoczywam na laurach. Tłumaczę i piszę. Ostatnie trzy lata to dwie nowe powieści, kilka opowiadań i kilkanaście przekładów, nie tylko fantastycznych (perełkami w tej kolekcji są „Spook Country”  Williama Gibsona i jeszcze nie wydane „Sześć dni Kondora” Jamesa Grady’ego).
   W najbliższym czasie nie zanosi się na większe zmiany. Na półce czeka sporo książek do przetłumaczenia. Mam też kilka własnych pomysłów, już piszczą pod drzwiami, żeby je wypuścić na świat – o części dowiecie się lada dzień na tej stronie internetowej, tylko w nieco innym miejscu.
   Dziękuję za wizytę na mojej stronie i zapraszam do jej odwiedzania w przyszłości. Na pewno znajdziecie tu wiele ciekawych zapowiedzi, informacji i zdjęć.

 Robert J. Szmidt

 

ZałącznikWielkość
jack550.jpg45.13 KB
lew.jpg54.53 KB
producer copy.jpg47.15 KB

Subskrybuj

Subskrybuje zawartość

Polecam

obrazek
obrazek
obrazek

Galeria